W styczniu nie jeżdżę samochodem (do pracy)

Zawsze śmieszyły mnie postanowienia noworoczne, ale tak się złożyło, że na początku 2016 roku postanowiłem sobie, że nie będę jeździć samochodem. W styczniu. Do pracy.

Na łamach niniejszego wpisu chciałem wyjaśnić, z czego mój pomysł wynika.

Stali Czytelnicy tego bloga z pewnością kojarzą, że nie jestem jakimś ekofanatykiem, tylko staram się dbać o środowisko w sposób racjonalny. Jestem skłonny zrezygnować z większego komfortu, jeśli ma się to wiązać z oszczędnością dla mojej kieszeni i dla środowiska. Ale nie sprzedaję samochodu, nie mieszkam w zimnym mieszkaniu, nie przestawiam się wyłącznie na dietę wegetariańską z własnego ogródka.

Tymczasem uznałem, że nie będę jeździć samochodem do pracy. Na początek w styczniu. A potem się zobaczy.

Z samochodu z biegiem lat rzeczywiście korzystam coraz rzadziej. W ubiegłym roku w ramach przygotowań do Domowy Karaluch Challenge (o samym przedsięwzięciu i przygotowaniach opublikowałem materiał na innym blogu) dużo chodziłem piechotą, między innymi z pracy do domu. Aby było to możliwe, samochód stał pod blokiem, a ja jeździłem do pracy autobusem. Po zakupy do sklepu też raczej chodzę piechotą, a jeśli mam zrobić większe zakupy wymagające użycia samochodu, staram się to zgrać z jakimś innym wyjazdem, w innym celu.

I taki jest też mój plan na styczeń.

Połączenie komunikacją publiczną mam niezłe. Jadę do biura dwoma autobusami. Zajmuje mi to jakieś 30-40 minut. Nikt ode mnie nie wymaga, bym był w biurze punktualnie, mogę przyjść trochę wcześniej, albo trochę później. W pierwszy autobus wsiadam na jednym z pierwszych przystanków, więc mogę sobie wygodnie usiąść. Zresztą i tak ani w jednym, ani w drugim nie ma tłoku, bo jeżdżę na 9.

Z kolei z powrotem do domu wracam godzinę-półtorej, zależnie od tego, którą trasę wybiorę i jak bardzo mi się chce szybko maszerować.

Oczywiście rezygnując z samochodu trochę czasu tracę. Mógłbym być w domu co najmniej 30 minut wcześniej. Tyle tylko, że czas spędzony na spacerze do domu nie jest tak naprawdę tracony. Na komórce słucham sobie podcastów, działam trochę na rzecz mojego zdrowia, mogę sobie pomyśleć nad rzeczami, na które nie mam czasu, gdy siedzę przy komputerze.

Może nie do końca na tym oszczędzam pieniądze, bo koszt paliwa na przejechanie 100 km samochodem w miejskich warunkach to w moim przypadku ok. 28 złotych, a bilet kupuję za 4,40 zł. Do pracy i z powrotem pokonuję ok. 15-16 km dziennie, czyli koszt biletu odniesiony do tej trasy stanowi ekwiwalent ok. 27,5-29,3 zł/100 km. Ale to tylko sam koszt paliwa, który nie uwzględnia pozostałych materiałów eksploatacyjnych, amortyzacji, napraw i tak dalej.

bilet-komunikacji-miejskiej

Mój dzisiejszy bilet, kupiony w autobusowym automacie.

W warunkach zimowych jazda samochodem na krótkie dystanse odciska szczególnie duże piętno na samochód. Każde uruchomienie samochodu w temperaturze -15°C znacząco przyczynia się do jego zużycia, bo olej w niskich temperaturach jest bardzo lepki i dość słabo smaruje. Przez dużą część drogi do pracy mój silnik nie byłby odpowiednio smarowany i ulegałby przyspieszonemu zużyciu. Więcej o tym poczytać można tutaj.

Z punktu widzenia obciążenia środowiska moja rezygnacja z samochodu jest bezdyskusyjnie korzystna. Jasne, że autobus zużyje odrobinę więcej paliwa, by mnie przewieźć. Ale ten autobus i tak jedzie, nie musi się dodatkowo zatrzymywać na przystanku na żądanie, a moje 90 kg masy wraz z ubraniem i plecakiem jest znikome w stosunku do masy całego pojazdu z pasażerami. Inaczej wyglądałaby sprawa, gdyby dla przewiezienia moich 90 kg trzeba było ruszać cały, ważący ponad 1 200 kg, samochód.

Komentarzy do wpisu “W styczniu nie jeżdżę samochodem (do pracy)”: 14.

  1. Mateusz says:

    A to nie jest czasami zależne od tego jaki typ oleju zastosujemy ? nie każdy chyba jest lepki ? chociaż mogę się nie znać

  2. Każdy olej ma w niskich temperaturach większą lepkość i gorzej smaruje. W przypadku jednych olejów jest to większa różnica, przy innych, lepszych, mniejsza. W każdym przypadku silnik najmocniej podlega zużyciu właśnie przy rozruchu zimnego silnika i bezpośrednio po nim.

  3. Marcin says:

    Jeśli zależy CI na wydłużeniu żywotności silnika to radzę przynajmniej raz w tygodniu go uruchamiać i pozwolić mu się nagrzać do optymalnej temperatury pracy. Mimo wszystko polecam ciepły garaż. Podczas ostatnich mrozów temperatura w moim garażu pod blokiem nie spadała poniżej 10’C

  4. @Marcin: jaki to ma sens?

  5. @Marcin: zastanawiam się, który efekt ma większy wpływ na żywotność silnika — to rdzewienie, czy tarcie przy uruchamianiu silnika. Ciekawe, czy ktoś kiedyś zrobił jakieś badania na ten temat…

  6. Marcin says:

    @Krzysiek
    Wiem, że na czas długiego postoju należy zalać silnik olejem. Tak jest robione w wojsku, gdzie tylko część pojazdów jest w bieżącej eksploatacji, a reszta zakonserwowana stoi na kołkach.

    Ja osobiście uważam, że lepiej raz w tygodniu się przejechać, choćby po to żeby mieć pewność, że samochód jest sprawny i będzie można na nim polegać w kryzysowej sytuacji.

  7. Karol B24 says:

    Powiem Ci że przez kilka dobrych lat też używałem samochodu tylko w przypadku ostatecznej konieczności – do przedszkola po dzieci chodziłem pieszo, po mniejsze zakupy do Lidla również pieszo, na pocztę pieszo, do banku pieszo itp.. Nie mieszkam w jakimś dużym mieście więc mogłem sobie pozwolić, poza tym jeździłem wtedy BMW które w cyklu mieszanym paliło 10/l 100 a benzyna kosztowała wtedy blisko 6 zł / litr. Teraz mam Audi które pije 6l/100 w cyklu mieszanym a do tego paliwo zeszło poniżej 4 zł.. więc troszkę się zmieniło z tych chodzeniem wszędzie, ale nie ukrywam że jeśli mi się nie spieszy to wolę jednak chodzić pieszo, tym bardziej że ani tak cały dzień spędzam przed komputerem więc ruch jest wręcz mi potrzebny!

  8. Kuba says:

    Jak wychodzi realizacja planu?

  9. @Kuba: na razie zabrałem samochód do pracy tylko raz, bo mi był rano potrzebny przed pracą. Poza tym codziennie jeżdżę zbiorkomem i wracam piechotą. 🙂

  10. kunegunda says:

    Ja nie jeżdzę do pracy samochodem, bo się nie opłaca. Po co do centrum mam się pchać i szukać 20 minut parkingu ( za który trzeba zapłacić) jak mogę śmignąć tramwajem za 4.40?
    Proste.

  11. @kunegunda: jak człowiek musi jeszcze zapłacić za parkowanie, to komunikacja publiczna zaczyna się jeszcze bardziej opłacać!

  12. lukasz says:

    Jak ma cylinder i ogółnie blok rdzewieć jak chcac nie chcąc ma filtr z oleju na „sobie”. Ile czasu musi upłynąć żeby cały olej spłynoł do miski. Chyba, że zdejmiemy głowice to wtedy wszystko jest możliwe. Co do tarcz hamulcowych, to jak stosujesz najtańsze to nie ma co się dziwić, że zaraz rdzewieją. Markowe też rdzewieją ale znacznie mniej. Np. Tarcze ATE samochod stoi 2 miesiace na dworze w zime jest rdza ale jeszcze w niektorych mejscach jest „połysk”, jakieś ścierwo miesiąc w takich samych warunkach i sama rdza.

  13. Marcin says:

    Cały olej pewnie nigdy nie spłynie do miski, ale kilka godzin wystarczy, żeby większość tam się znalazła. Tak jak pisałem wyżej, w wojsku pojazdy konserwuje się poprzez zalanie silnika olejem tak aby cylindry były nim wypełnione.

    Co do tarcz to aktualnie stosuję orginalne tarcze z fabrycznego montażu. Samochód jeszcze jest na gwarancji. W poprzednim aucie oryginalne tarcze i klocki wymieniłem na Brembo, z racji dużego zapylenia i szybkiego zużycia orginałów Forda. Nalot z rdzy na tarczach pojawia się zawsze po deszczu, w każdym samochodzie. No chyba, że jeździsz Ferrari i masz ceramiczne hamulce 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *