RSS

Friday, July 30, 2010

Certyfikaty dla instalacji i instalatorów OZE

Opublikowane przez Krzysztof Lis dnia 27.05.2010 o godzinie 18:04

Choć tytuł może sugerować, że będę znowu pisać o kolorowych certyfikatach, czyli świadectwach pochodzenia energii ze źródeł odnawialnych, nie taki jest mój zamiar. Chcę bowiem napisać o tym, jak to Komisja Europejska troszczy się o nasze kieszenie i jak tworzy głupie prawo do realizacji słusznych skądinąd celów.

Ostatnio zapoznałem się bliżej z nieznaną mi do tej pory Dyrektywą Parlamentu Europejskiego i Rady 2009/28/WE w sprawie promowania stosowania energii ze źródeł odnawialnych (…), wchodzącą w skład pakietu energetyczno-klimatycznego. Cel promowania źródeł odnawialnych jest słuszny. Bo za nim idzie zmniejszanie zużycia energii z paliw kopalnych, które praktycznie zawsze jest rozsądne i właściwe. Ale środki zaproponowane w dyrektywie już najszczęśliwsze nie są.

O sprawie dowiedziałem się dzięki Seminarium „Jakość i Standardy w Energetyce Słonecznej”, które odbyło się w małej auli gmachu głównego Politechniki Warszawskiej w ostatni wtorek.

Do końca 2012 roku, zgodnie z dyrektywą (art. 14, ust. 3),

państwa członkowskie zapewniają, by (…) instalatorzy małych kotłów i pieców na biomasę, systemów fotowoltaicznych i systemów ciepła słonecznego, płytkich systemów geotermalnych oraz pomp ciepła mieli dostęp do systemów certyfikacji lub równoważnych systemów kwalifikowania.

Komisja Europejska wymyśliła sobie bowiem, że tylko taki system certyfikacji (lub równorzędny system kwalifikowania) instalatorów zapewni nam efektywne korzystanie ze źródeł odnawialnych!

Przyznać trzeba, że w Polsce wiele firm zajmujących się robotami budowlanymi i zbliżonymi, pracuje źle. Budowlańcy często bywają nierzetelni, niedouczeni a czasem wręcz nieuczciwi. Nietrudno jest trafić na instalatora centralnego ogrzewania, który w internecie wypisuje bzdury tylko po to, by się zareklamować. Równie łatwo jest trafić na takiego fachowca przy budowie domu.

I dlatego rozumiem pomysł, by instalatorzy posiadali jakiś certyfikat, który świadczy o ich kompetencji. Dyrektywa (załącznik IV) na dwóch stronach opisuje precyzyjnie kryteria, na których oparty ma być system certyfikacji, niektóre całkiem oczywiste:

Po zakończeniu szkolenia instalator musi posiadać umiejętności wymagane do instalacji właściwych urządzeń i systemów, tak aby spełniały one wymogi klienta w zakresie ich eksploatacji i niezawodności, cechowały się solidną jakością rzemieślniczą oraz były zgodne ze wszystkimi obowiązującymi zasadami i normami, w tym dotyczącymi oznakowania energetycznego i ekologicznego. Szkolenie kończy się egzaminem, na podstawie którego wydaje się certyfikat lub uznaje kwalifikacje.

a inne bardziej szczegółowe:

Instalator [pomp ciepła -- przyp. KL] powinien wykazać się następującymi kluczowymi umiejętnościami: podstawowym zrozumieniem właściwości fizycznych i zasad działania pompy ciepła, w tym charakterystyki obiegu pompy ciepła: związek pomiędzy niskimi temperaturami rozpraszacza ciepła, wysokimi temperaturami źródła ciepła a wydajnością systemu, określenie współczynnika efektywności (COP) oraz współczynnika sezonowej wydajności (SPF) (…)

Instalator [kolektorów słonecznych i fotowoltaiki -- przyp. KL] powinien wykazać się: (…) umiejętnością określenia wymaganego miejsca, kierunku i nachylenia urządzeń fotowoltaicznych i urządzeń wykorzystujących energię słoneczną do podgrzewania wody, przy uwzględnieniu takich elementów jak cień, dostęp światła słonecznego, spójność konstrukcji, stosowność takiej instalacji w odniesieniu do danego budynku lub klimatu, a także umiejętnością wyboru różnych metod instalacyjnych odpowiednich dla rodzaju pokrycia dachowego oraz równoważenia komponentów wchodzących w skład instalacji; oraz umiejętnością, w szczególności w odniesieniu do systemów fotowoltaicznych, dostosowania układu elektrycznego, w tym umiejętnością określenia prądu znamionowego, wyboru odpowiednich typów przewodów i właściwej mocy znamionowej dla każdego obwodu, umiejętnością określenia odpowiedniego rozmiaru, mocy znamionowej i rozmieszczenia wszystkich potrzebnych urządzeń i podsystemów oraz wyboru stosownego punktu połączenia.

I ja to wszystko rozumiem i popieram. Powinien być jakiś sposób na stwierdzenie, czy instalator, z którym współpracujemy, zna się na rzeczy. Niekoniecznie obligatoryjny — szczęśliwie zapisy dyrektywy nie wymuszają, by każdy instalator takie szkolenie przechodził i dostawał certyfikat…

Ale czemu nie zrobimy systemu certyfikatów dla budowlańców ogólnie? Czemu tylko dla instalatorów odnawialnych źródeł, pomp ciepła i kotłów na biomasę?

Przecież większe znaczenie dla obniżania emisji gazów cieplarnianych i zużycia paliw kopalnych ma nie właściwe dobranie i zainstalowanie kolektora słonecznego, tylko zmniejszenie zużycia wody i efektywna jej produkcja w tradycyjnych źródłach. Nie właściwa instalacja systemu fotowoltaicznego, tylko postawienie budynku bez mostków cieplnych i jego dobre ocieplenie.

Czy naprawdę musimy wprowadzać taki system do czegoś tak mało znaczącego jak wykorzystanie odnawialnych źródeł energii, jednocześnie pozostawiając patologie w budownictwie jako takim?

Ach, przepraszam, patologie z budownictwa mają być eliminowane przez świadectwa charakterystyki energetycznej. Tylko, że to jeszcze potrwa… A o świadectwach tych napiszę następnym razem.

Perwersje jądrowe

Opublikowane przez Krzysztof Lis dnia 02.05.2010 o godzinie 10:19

Autorem artykułu jest Piotr Waydel

Czy energetyka jądrowa jest opłacalnym i racjonalnym rozwiązaniem problemów energetycznych Polski czy wyjątkowo przewrotną megamanipulacją? Co można zaproponować zamiast lub równolegle, aby zapewnić tanią i czystą energię? Czemu większość informacji jest zupełnie nieznana nie tylko społeczeństwu ale i części elit politycznych?

Reaktory jądrowe powstały do produkcji plutonu. Dopiero później władza wpadła na pomysł, żeby pokazać społeczeństwu dobrodziejstwo „taniej” produkcji prądu. Odtąd produkowano pluton w „elektrowniach atomowych”, pokazując produkt uboczny, czyli prąd, jako główną działalność takiego zakładu. Ta uboczna dzaiałalność jest bardzo droga, jeśli przypisać do niej koszty działalności podstawowej.
Jak wiadomo rząd Margaret Thatcher upadł, gdy wydało się że dopłaca do energetyki jądrowej 16 miliardów.

Polska chyba nie zamierza budować bomb atomowych. Nie ma własnego paliwa do takich „elektrowni”. Nie ma kadry. Brakuje infrastruktury przesyłowej do tworzenia punktowych scentralizowanych miejsc produkcji dużej ilości energii elektrycznej. Czy warto w związku z tym zastanawiać się nad zagospodarowaniem energetyki jądrowej? Czy w związku z powyższym przestawianie na coś czego nie mamy i nie znamy, jest rozsądnym rozwiązaniem?

Przeczytaj cały artykuł »

Jesteśmy skazani na samochody (spalinowe)

Opublikowane przez Krzysztof Lis dnia 19.02.2010 o godzinie 13:30

Dziś mam ochotę trochę ponarzekać. Ponarzekam sobie więc konstruktywnie na to, dlaczego jesteśmy skazani na samochody spalinowe. I samochody w ogóle.

Jak widać w tytule, uważam, że przez najbliższe kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt lat po drogach nie będzie jeździć nic innego, jak tylko samochody. I to w dodatku samochody spalinowe. Że nie czeka nas w najbliższym czasie żadna rewolucja w transporcie. Jeździć będziemy wciąż samochodami i samochodami właśnie będziemy też wozić wszystko to, co jest nam potrzebne.

Powodów dla takiego stanu jest kilka. Oto te, które moim zdaniem są najważniejsze Przeczytaj cały artykuł »

Gaz drzewny wraca do łask

Opublikowane przez Krzysztof Lis dnia 11.02.2010 o godzinie 22:58

Gaz drzewny wraca do łask. Myślę, że ta informacja (na którą natknęłam się  w internecie) ucieszy zwolenników tego paliwa.

Daruję sobie wywody na temat zalet holzgazu i kwestii technicznych związanych z produkcją oraz eksploatacją – bo te tematy nieraz poruszał tu Krzysztof. Skupię się na innych aspektach związanych z rosnącą popularnością gazu drzewnego: modzie, historii i nabożnym kulcie.


Historia, jak wiadomo, ponoć lubi się powtarzać. I właśnie do tego doszło – ponieważ dało się zauważyć, że  zainteresowanie holzgazem wzrasta(ł0) wprost proporcjonalnie do rozmiarów obecnie przetaczającego się przez glob  kryzysu gospodarczego. Wygląda to na powtórkę sprzed prawie stulecia, kiedy to na przełomie drugiej i trzeciej dekady XX wieku świat poznał gorzki smak Wielkiego Kryzysu. Gaz drzewny kusi – głównie niższymi kosztami eksploatacji pojazdu napędzanego tym paliwem. Pokusą jest również powrót do stylu retro – kiedy świat spieszył się w mniej szalonym tempie, auta jeździły zdecydowanie wolniej, a każdy pojazd miał w sobie to magiczne COŚ i nie był jedynie jeżdżącą blachą nafaszerowaną elektroniką z robiącą wrażenie liczbą koni pod maską.

I tak dobijamy do tematu nabożnego kultu, który to kult jest dziś powodem sentymentalnej tęsknoty za autami, których kształty daleko odbiegają od wytycznych zawartych w poradnikach dla fanów optymalnej aerodynamiki. Nie ma się co łudzić: koncepty samochodów przyszłości o super aerodynamicznych kształtach nie są napędzane holzgazem; ale prądem, wodorem lub innym eko-paliwem. Wygląda na to, że designerzy rezerwują dla gazu drzewnego jedynie projekty w stylu retro; i za modą – owszem – podążają, ale najbardziej za tą, która nakazuje skupiać się na trendach eko-najpopularniejszych. Auta napędzane holzgazem w tej kategorii raczej się nie mieszczą, bo i rekordów popularności nie biją. Natomiast coraz lepiej  ma się moda na samą ekologię. I cała nadzieja dla fanów gazu drzewnego w tym, że jeśli coraz głośniej będzie o tym, co holzgaz ma wspólnego z ekologią (na ten temat również możecie przeczytać na blogu DrewnoZamiastBenzyny), tym lepsze będą wskaźniki popularności tego paliwa.

Szkopuł w tym, że wielu ludziom gaz drzewny nadal kojarzy się z kopcącym spalinami agregatem. I szalenie trudno przekonać takie osoby, że stosowanie holzgazu tak naprawdę więcej ma wspólnego z modą na ekologię niżeli na retro.

Przenośny generator wodoru

Opublikowane przez Krzysztof Lis dnia 22.01.2010 o godzinie 01:19

No, proszę: jakby na przekór sceptykom nieprzekonanym do ogniw paliwowych, wynalazcy zabrali się za projektowanie urządzeń, dzięki którym wodór byłby niejako zawsze pod ręką. A konkretnie: zmagazynowany w niewielkich metalowych wkładach,  które wchodziłyby w skład przenośnego urządzenia umożliwiającego wytwarzanie tego podstawowego pierwiastka materii. Piszę tu o produkcie firmy Horizon Fuel Cell Technologies z Singapuru, która postanowiła w tym roku pokazać światu taką właśnie przenośną maszynkę do produkcji wodoru.

Czy HYDROFILL (bo tak nazywa się ów przenośny patent) zapoczątkuje światową rewolucję w zakresie indywidualnego, niezależnego od rozmaitych koncernów procesu wytwarzania wodoru? Wynalazcy HYDROFILLa mają nadzieję, że stanie się on pierwszą popularną maszynką do produkcji wodoru, której niewątpliwą zaletą jest to, że można z niej korzystać  praktycznie wszędzie. Grunt, by mieć prąd.

Urządzenie działa genialnie prosto: podłącza się je do zasilania, a wodór powstaje z wody zmagazynowanej w zbiorniku urządzenia. Skąd prąd? Albo z tradycyjnego gniazdka elektrycznego, albo też z baterii działającej dzięki energii świetlnej lub pracy niewielkiej turbiny. Panel słoneczny i wiatrak wmontowane są w HYDROFILLa.

Czy wynalazek z Horizon ma przyszłość? Jego twórcy wróżą mu wręcz świetlaną: ponieważ HYDROFILL uniezależni posiadacza od dostawców energii – to raz. Dwa: ponieważ dzięki temu urządzeniu każde wyposażone weń gospodarstwo domowe może stać się częścią ogromnej infrastruktury, której celem  będzie wytwarzanie wodoru.

Odsyłam do wpisu Krzysztofa na temat wodoru, w którym przeczytacie, że gaz ten ma szansę na zdobycie popularności jako paliwo, ale dopiero za lat kilkadziesiąt. Wynalazek Horizonu może nieco termin ten przybliżyć.

Źródło: EcoTrees