U nas prądu brakuje, w Niemczech z samego OZE jest go więcej, niż potrzeba

W odstępie mniej więcej miesiąca w mediach pojawiły się takie informacje:

W Polsce regularnie latem bijemy kolejne rekordy zapotrzebowania na energię elektryczną. Nic dziwnego, klimat się zmienia, lata są gorące, Polacy coraz częściej kupują klimatyzatory, więc coraz więcej prądu zużywamy właśnie latem. Jest to tym bardziej kłopotliwe, że latem mniej energii elektrycznej wytwarzają elektrociepłownie (dla których głównym produktem jest ciepło, a energia elektryczna powstaje niejako przy okazji), a dodatkowo tradycyjnie na letni okres planuje się remonty bloków energetycznych w elektrowniach. Czytaj dalej…

Jak spieprzyć program dotacji do małych instalacji OZE?

To, co przeczytałem dziś na blogu Bogdana Szymańskiego zjeżyło mi włosy na głowie i jest odpowiedzią na powyższe pytanie.

Jak spieprzyć program dotacji do małych instalacji odnawialnych źródeł energii o dużo mówiącej nazwie Prosument? Bardzo prosto, wystarczy ustawić dotacje na takim poziomie, żeby nikomu się nie opłacało ich brać. Czytaj dalej…

Zamiast programu „Prosument”, czyli jak zachęcić Polaków do montażu małych przydomowych elektrowni

Gdy Polska musi zwiększać udział energii ze źródeł odnawialnych w bilansie energetycznym, pojawiają się różne dziwne pomysły. Mam tu na myśli programy z dotacjami, które mają w zamyśle zachęcić Polaków do korzystania z tych źródeł.

Takim programem  był program wsparcia dla kolektorów słonecznych, w którym można było dostać aż 45% kosztu kwalifikowanego brutto. W praktyce nikt tyle nie dostał, bo trzeba było za to zapłacić podatek dochodowy, zapłacić prowizję i oprocentowanie kredytu w banku, ponieść koszt zbędnej papierologii, no i ceny dzięki dotacjom wzrosły. Mimo to, program okrzyknięto sukcesem, może i słusznie, bo publiczne pieniądze zostały wydane, na czym zarobili bankierzy, sprzedawcy i instalatorzy. Czytaj dalej…

Dlaczego dopłaty i ceny urzędowe prądu to zło?

Jestem gorącym zwolennikiem energetyki odnawialnej i ciężko pracuję by zarobić pieniądze na kilkukilowatową elektrownię słoneczną i wiatrak, które postawię sobie w ogrodzie. (Panele fotowoltaiczne zamontuję na dachu, ale to inna historia). Będę starał się odsprzedawać prąd do sieci i choć z przyjemnością skorzystam z istnienia systemu świadectw pochodzenia energii elektrycznej (na sprzedaży prądu będę zarabiać więcej), to wcale nie jestem jego zwolennikiem.

Dopłaty mają na celu wyrównanie większych kosztów produkcji energii z nowych źródeł odnawialnych w stosunku do istniejących źródeł konwencjonalnych, które dawno już się zamortyzowały. I to jeszcze jestem w stanie zaakceptować. Gorzej, gdy dopłaty dostaje każdy producent energii ze źródeł odnawialnych, na przykład równie zamortyzowana duża elektrownia wodna. Ale nie to jest jednak najgorsze. Zdecydowanie najgorsze w całym systemie jest to, że jest on bardzo zależny od polityki. Jedna decyzja może system świadectw pochodzenia zlikwidować, a to może spowodować poważne straty, z bankructwem włącznie. Historia zna już takie przypadkiCzytaj dalej…

Certyfikaty dla instalacji i instalatorów OZE

Choć tytuł może sugerować, że będę znowu pisać o kolorowych certyfikatach, czyli świadectwach pochodzenia energii ze źródeł odnawialnych, nie taki jest mój zamiar. Chcę bowiem napisać o tym, jak to Komisja Europejska troszczy się o nasze kieszenie i jak tworzy głupie prawo do realizacji słusznych skądinąd celów.

Ostatnio zapoznałem się bliżej z nieznaną mi do tej pory Dyrektywą Parlamentu Europejskiego i Rady 2009/28/WE w sprawie promowania stosowania energii ze źródeł odnawialnych (…), wchodzącą w skład pakietu energetyczno-klimatycznego. Cel promowania źródeł odnawialnych jest słuszny. Bo za nim idzie zmniejszanie zużycia energii z paliw kopalnych, które praktycznie zawsze jest rozsądne i właściwe. Ale środki zaproponowane w dyrektywie już najszczęśliwsze nie są.

O sprawie dowiedziałem się dzięki Seminarium „Jakość i Standardy w Energetyce Słonecznej”, które odbyło się w małej auli gmachu głównego Politechniki Warszawskiej w ostatni wtorek.

Do końca 2012 roku, zgodnie z dyrektywą (art. 14, ust. 3),

państwa członkowskie zapewniają, by (…) instalatorzy małych kotłów i pieców na biomasę, systemów fotowoltaicznych i systemów ciepła słonecznego, płytkich systemów geotermalnych oraz pomp ciepła mieli dostęp do systemów certyfikacji lub równoważnych systemów kwalifikowania.

Komisja Europejska wymyśliła sobie bowiem, że tylko taki system certyfikacji (lub równorzędny system kwalifikowania) instalatorów zapewni nam efektywne korzystanie ze źródeł odnawialnych!

Przyznać trzeba, że w Polsce wiele firm zajmujących się robotami budowlanymi i zbliżonymi, pracuje źle. Budowlańcy często bywają nierzetelni, niedouczeni a czasem wręcz nieuczciwi. Nietrudno jest trafić na instalatora centralnego ogrzewania, który w internecie wypisuje bzdury tylko po to, by się zareklamować. Równie łatwo jest trafić na takiego fachowca przy budowie domu.

I dlatego rozumiem pomysł, by instalatorzy posiadali jakiś certyfikat, który świadczy o ich kompetencji. Dyrektywa (załącznik IV) na dwóch stronach opisuje precyzyjnie kryteria, na których oparty ma być system certyfikacji, niektóre całkiem oczywiste:

Po zakończeniu szkolenia instalator musi posiadać umiejętności wymagane do instalacji właściwych urządzeń i systemów, tak aby spełniały one wymogi klienta w zakresie ich eksploatacji i niezawodności, cechowały się solidną jakością rzemieślniczą oraz były zgodne ze wszystkimi obowiązującymi zasadami i normami, w tym dotyczącymi oznakowania energetycznego i ekologicznego. Szkolenie kończy się egzaminem, na podstawie którego wydaje się certyfikat lub uznaje kwalifikacje.

a inne bardziej szczegółowe:

Instalator [pomp ciepła — przyp. KL] powinien wykazać się następującymi kluczowymi umiejętnościami: podstawowym zrozumieniem właściwości fizycznych i zasad działania pompy ciepła, w tym charakterystyki obiegu pompy ciepła: związek pomiędzy niskimi temperaturami rozpraszacza ciepła, wysokimi temperaturami źródła ciepła a wydajnością systemu, określenie współczynnika efektywności (COP) oraz współczynnika sezonowej wydajności (SPF) (…)

Instalator [kolektorów słonecznych i fotowoltaiki — przyp. KL] powinien wykazać się: (…) umiejętnością określenia wymaganego miejsca, kierunku i nachylenia urządzeń fotowoltaicznych i urządzeń wykorzystujących energię słoneczną do podgrzewania wody, przy uwzględnieniu takich elementów jak cień, dostęp światła słonecznego, spójność konstrukcji, stosowność takiej instalacji w odniesieniu do danego budynku lub klimatu, a także umiejętnością wyboru różnych metod instalacyjnych odpowiednich dla rodzaju pokrycia dachowego oraz równoważenia komponentów wchodzących w skład instalacji; oraz umiejętnością, w szczególności w odniesieniu do systemów fotowoltaicznych, dostosowania układu elektrycznego, w tym umiejętnością określenia prądu znamionowego, wyboru odpowiednich typów przewodów i właściwej mocy znamionowej dla każdego obwodu, umiejętnością określenia odpowiedniego rozmiaru, mocy znamionowej i rozmieszczenia wszystkich potrzebnych urządzeń i podsystemów oraz wyboru stosownego punktu połączenia.

I ja to wszystko rozumiem i popieram. Powinien być jakiś sposób na stwierdzenie, czy instalator, z którym współpracujemy, zna się na rzeczy. Niekoniecznie obligatoryjny — szczęśliwie zapisy dyrektywy nie wymuszają, by każdy instalator takie szkolenie przechodził i dostawał certyfikat…

Ale czemu nie zrobimy systemu certyfikatów dla budowlańców ogólnie? Czemu tylko dla instalatorów odnawialnych źródeł, pomp ciepła i kotłów na biomasę?

Przecież większe znaczenie dla obniżania emisji gazów cieplarnianych i zużycia paliw kopalnych ma nie właściwe dobranie i zainstalowanie kolektora słonecznego, tylko zmniejszenie zużycia wody i efektywna jej produkcja w tradycyjnych źródłach. Nie właściwa instalacja systemu fotowoltaicznego, tylko postawienie budynku bez mostków cieplnych i jego dobre ocieplenie.

Czy naprawdę musimy wprowadzać taki system do czegoś tak mało znaczącego jak wykorzystanie odnawialnych źródeł energii, jednocześnie pozostawiając patologie w budownictwie jako takim?

Ach, przepraszam, patologie z budownictwa mają być eliminowane przez świadectwa charakterystyki energetycznej. Tylko, że to jeszcze potrwa… A o świadectwach tych napiszę następnym razem.