Przestańmy kosić trawniki!

Jednym z najgłupszych sposobów na wydawanie publicznych pieniędzy jest walka człowieka z naturą o równiutko przystrzyżone trawniki.

Widzimy to w dużej skali, gdy w pocie czoła (wcześnie rano) ekipy pracowników koszą trawniki przy blokach, ulicach, w parkach, ale też pasy zieleni dzielące pasy autostrady, czy też ich otoczenie.

Kompletnie tego nie rozumiem i uważam, że powinniśmy tego zaprzestać. Zresztą w mniejszej skali też: utrzymanie trawnika przy domu jednorodzinnym to zawsze będzie walka z naturą. Zwłaszcza, jeśli chcemy mieć na nim tylko jakieś konkretne odmiany trawy, a nie np. mech, czy chwasty.

Jakoś się tak złożyło, że byłem niedawno na przestrzeni dwóch tygodni dwukrotnie w jednym i tym samym miejscu w Warszawie, przy Al. Jerozolimskich w dzielnicy Włochy. Pierwszego dnia, zachwycony bujnie rosnącą i kwitnącą koniczyną zrobiłem to zdjęcie.

Bujna koniczyna na warszawskim trawniku.

Taki widok zawsze mnie cieszy, bo koniczyna to roślina dość cenna, bo miododajna, ale też wiążąca azot w glebie (to znaczy tak ściślej rzecz ujmując, nie sama koniczyna go wiąże, lecz bakterie z rodziny Rhizobiaceae, żyjące w symbiozie z korzeniami m.in. koniczyny właśnie). No i też ładnie, kolorowo to wygląda.

Kiedy niespełna dwa tygodnie później byłem tam świeżo po przejeździe traktorka-kosiarki (widać jeszcze, że pracownicy z ręcznymi kosami nie mieli szansy na poprawki detali), zrobiłem dla odmiany poniższe zdjęcie, zasmucony tym widokiem.

Wykoszone trawniki…

Widok nieco się różni, bo byłem o innej porze dnia i słońce świeciło już pod innym kątem.

Ja kompletnie tego nie rozumiem. Zwłaszcza w tym miejscu, w którym trawa nikomu nie powinna przeszkadzać.

No chyba, że mamy kosić trawę, by właścicielom psów się łatwiej ich ekskrementy zbierało, ale ten argument mnie nie przekonuje.

Jasne, tam, gdzie trawa może zasłaniać widoczność, tam musi być koszona. Dobry przykład takiego miejsca znajdziemy ledwie kilkaset metrów dalej, na wyspie na skrzyżowaniu ul. Bolesława Chrobrego i Popularnej, tam rosnąca trawa zasłania widok kierowcom skręcającym w lewo z tunelu w Popularną.

Ale po cholerę tutaj?

A po co wzdłuż autostrad?

Chętnie dowiem się, dlaczego nie możemy pozostawić bez koszenia całej tej przestrzeni w obrębie płotów chroniących przed dostępem dużej zwierzyny. Boimy się, że tam las wyrośnie, czy jak?

Zwróćcie uwagę, że kilka akapitów wcześniej słowo chwast zapisałem kursywą. Zrobiłem tak celowo, aby uwypuklić, że jego znaczenie, czy raczej przypisanie go do danej rośliny jest bardzo płynne. Chwastem jest dla nas roślina, której po prostu w danym miejscu nie chcemy.

Ja u siebie na działce kompletnie się chwastami nie przejmuję. Niech sobie rośnie co chce. Koszę ją może dwa razy do roku, jak już mi jej długość utrudnia wjeżdżanie samochodem. I tylko na niezbędnym fragmencie, pozostawiając możliwie dużą powierzchnię nietkniętą (także z lenistwa, niech będzie).

Jakbym bywał tam częściej i miał jakieś oczekiwania estetyczne względem tej porośniętej trawą i innymi roślinami, urządziłbym tam kwietną łąkę. A na razie kompletnie mi nie przeszkadza to, co tam sobie samo rośnie. 🙂

Bo przyrodzie przede wszystkim nie powinniśmy utrudniać. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *