Piesi w deszczu

Jedną z metod na poprawę jakości powietrza w mieście poprzez zmniejszenie liczby samochodów na ulicach (a więc także i korków) jest zachęcanie ludzi do korzystania z komunikacji publicznej oraz podróży pieszo. Bo przecież spacer kilometr piechotą do sklepu zamiast przejechania kilometra samochodem jest dobry dla zdrowia (o ile w czystym powietrzu) i dla środowiska.

I ja sobie dziś szedłem do pracy piechotą. W deszczu, bo spóźniłem się na autobus. I zrozumiałem, czemu ludzie tak bardzo nie chcą chodzić piechotą, gdy pada deszcz. Czemu przesiadają się do samochodów a nie do komunikacji publicznej to wiadomo — bo zawsze jest wtedy większy ruch, a więc podróż autobusem czy tramwajem robi się jeszcze dłuższa.

Dziurawe chodniki

Że drogi i ulice w Polsce są dziurawe, to już wiemy. Można o tym obejrzeć mnóstwo telewizyjnych reportaży i przeczytać ogromną liczbę artykułów w prasie.

Jednak dziurami i nierównościami na chodnikach nikt się specjalnie nie martwi. No chyba, że z punktu widzenia osób starszych, schorowanych, czy niepełnosprawnych, które mają problem z poruszaniem się po nich.

Tymczasem zdrowi dorośli ludzie i dzieci także mają kłopot z chodzeniem po chodniku, jeśli jest cały pokryty kałużami, które trzeba przeskakiwać albo obchodzić naokoło po trawniku.

Niby drobiazg. Przecież można sobie taką kałużę obejść. Przeskoczyć. Założyć kalosze idąc do pracy. Albo nieść w torbie buty na zmianę, żeby nie musieć chodzić później 8 godzin w mokrych. Kupić lepsze buty, którym woda niestraszna.

Albo po prostu wsiąść do samochodu.

Ochlapujące pojazdy

Kałuże to pół biedy, bo jak się w taką wdepnie, to się ochlapie co najwyżej buty i trochę spodnie. Gorzej, gdy ubranie zostanie ochlapane w całości, od stóp do głów, przez przejeżdżający samochód. Albo, co gorsza, autobus!

A gdyby wasza matka przechodziła tędy w przyszłości? Albo wasze dziecko? Tylko nie mówcie, że dziecka nie macie, bo zawsze mieć możecie, sprawdzić czy nie ksiądz!
Fot. State Farm na licencji CC BY 2.0

Piszę „co gorsza”, bo wiadomo, że wrogiem pieszego jest blachosmród samochód, a autobus może być tylko jego przyjacielem. Tym większy szok, gdy to kierowca autobusu przejeżdżając przez kałużę ochlapie pieszych stojących przed przejściem, albo, o zgrozo, na przystanku!

Tu akurat piesi nie powinni się dziwić. To przecież nie wina kierowców, że drogi są dziurawe (prawda), że kanalizacja burzowa bywa niewydolna w czasie wiekszych opadów (prawda), że woda zbiera się zamiast spływać do rowów (tak, są ulice, które nie mają kanalizacji, tylko rowy, jak choćby ul. Żwirki i Wigury w Warszawie, duża, dwupasmowa aleja) (też prawda), czy wreszcie że tak trudno zauważyć w porę kałużę i przyhamować, by fontanna wody nie sięgnęła pieszego, którego też trudno zauważyć na chodniku (to akurat jest bzdura).

Ale to też drobiazg. Przecież można pójść inaczej, omijając ulicę z kałużami. Założyć foliowy płaszcz przeciwdeszczowy, chroniący sylwetkę od stóp do głów. Albo nosić dwa parasole, jednym chronić się przed deszczem, a drugim przed ochlapaniem błotnistą breją z kałuży.

Albo po prostu wsiąść do samochodu.

Komentarzy do wpisu “Piesi w deszczu”: 6.

  1. Maria says:

    Tak to jest bardzo uciążliwe. Ale nic nie możemy poradzić na naturę i jej ulewy. Możemy tylko jakość się zabezpieczyć przed kałużami:)

  2. NoctilucentPig says:

    Jest prosty sposób, żeby chronić się przed ochlapaniem przez samochód. Wystarczy nieść komórkę nagrywającą to, co się dzieje na brzegach chodnika i ulicy (łącznie z tablicami rejestracyjnymi pojazdów, ale tak, żeby nikt się nie przyczepił, że widać jego twarz). Ewentualnie można udawać, że się nagrywa. Kiedyś tak zrobiłem idąc chodnikiem wzdłuż jezdni, na której było wiele kałuż – efekt był taki, że wszyscy kierowcy zwalniali, żeby mnie nie ochlapać. Ale jeśli któryś wykazałby się mimo to buractwem, myślę, że warto byłoby zgłosić to na policję albo do straży miejskiej. Skoro ochlapywanie ludzi wodą w śmigusa-dyngusa jest nielegalne, to co dopiero błotem? A jeśli to była taksówka albo autobus, może wystarczy zawiadomienie przełożonego sprawcy. Nic dziwnego, że tylu ludzi jeździ publiczną komunikacją bez biletu – być może gapowicz, którego ujawnienia byliście ostatnio świadkiem, nie jest złodziejem, cebulakiem i nosaczem sundajskim, tylko po prostu został kiedyś ochlapany przez autobus i próbuje na własną rękę uzyskać odszkodowanie w postaci darmowych przejazdów? Jak przewoźnicy nie będą szanować potencjalnych klientów, część z nich może wybrać samochód, a wtedy korki i zanieczyszczenie powietrza będą jeszcze gorsze.

  3. Adam says:

    Szczerze, odkąd wróciłem z Tajlandii – gdzie byłem przez dwa miesiące w delegacji, nie narzekam już ani na zanieczyszczenie w Polsce ani na nadmierne opady 🙂

  4. @NoctilucentPig: ciekawy pomysł. Nie do końca wierzę, że będzie działać, ale wydaje mi się ciekawy…

  5. Remon says:

    Nie którzy celowo nie zwalniają przed kałużami

  6. Wiktoria says:

    to prawda, ale to już trzeba być chamem wszelkiej kategorii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *