O upałach, klimatyzacji i transporcie publicznym

Gdy piszę te słowa, mamy za sobą dni, gdy upał szczególnie dawał mi się we znaki. Nie wiem, czy to ze względu na natłok pracy i obowiązków, które teraz na mnie trafiły, czy po prostu już się tak zestarzałem, że mogę tylko na pogodę narzekać. 🙂

Wakacje powoli się kończą. Piękne lato. Temperatury w Polsce wprawdzie może nie są rekordowe (choć wielokrotnie przekraczały w dzień 30°C, a w nocy 20°C), ale jest cieplutko. Ludzie wyjechali na wakacje i w Warszawie korki dużo mniejsze, niż zwykle. Jednak każdego dnia rano muszę walczyć ze sobą, by nie wsiąść do przyjemnego samochodu stojącego w podziemnym garażu i nie jechać nim do pracy, z włączoną klimatyzacją i nawiewem tak intensywnym, jak tylko będę chciał. Bo to jednak przyjemniejsze, niż jazda duszną komunikacją publiczną ze śmierdzącymi ludźmi.

Walkę tę, póki co, udaje mi się wygrywać.

Lato w mieście jest strasznie męczące. W czasie upału chciałoby się siedzieć z nogami w wodzie jeziora, w cieniu pod drzewem, sacząc lekkiego drinka, herbatę mrożoną, albo lemoniadę z lodem. Dojazdy do pracy w przegrzanych, źle wentylowanych autobusach, są dokładnym przeciwieństwem wszystkich tych przyjemnych rzeczy. Całe szczęście, że same miejsca pracy coraz częściej są klimatyzowane, co samo w sobie stanowi nierzadko jedyny powód, by wyjść z domu i udać się do pracy.

Miasto latem. Im mniej zieleni, tym bardziej uciążliwe.

Dla mnie przynajmniej klimatyzowane biuro jest ogromną zachętą do wyjścia z domu i przemęczenia się w autobusie. Nie dziwię się jednak ludziom, którzy koniecznie chcą również i podróż do pracy odbyć w komforcie klimatyzowanego, czystego i pachnącego samochodu.

Trudno mieć pretensje do ludzi, że nie chcą jeździć w tłoku, upale i smrodzie. Problem jednak polega na tym, że im więcej ludzi przesiada się do samochodu, tym bardziej reszta zmuszona jest kisić się w wysokiej temperaturze i nieprzyjemnym zapachu. Gdy środków na transport publiczny jest mniej, latem (w wakacje) obcina się kursy autobusów, zmuszając ludzi do dłuższego stania na przystankach i jazdy w tłoku. To zaś jeszcze bardziej zniechęca do autobusów. O tym, jak bardzo same wiaty przystankowe w taką pogodę są nieprzyjazne, to mi się pisać nie chce. Zrobił to świetnie Radek Teklak całe lata temu. 🙂

Przed zapakowaniem się każdego ranka do samochodu powstrzymuje mnie w dużym stopniu niechęć do dodatkowego obciążania środowiska. W sezonie letnim to właśnie transport samochodowy jest największym źródłem smogu w miastach. Kominki i domowe paleniska na węgiel przecież już nie działają, a jeśli nawet, to tylko przez krótki okres, by nagrzać wodę do kąpieli wieczorem (samo w sobie uważam to za potworne marnotrawstwo i głupotę, ale to zupełnie inna historia).

Ogromnie cieszy mnie zawsze, gdy trafię na autobus z klimatyzacją. Jeśli jeszcze jest włączona i działa sprawnie, jest super. Zresztą pod tym względem jest spory postęp. Gdy 20 lat temu jeździłem do liceum autobusem, ogromną większość taboru autobusowego stanowiły Ikarusy 280, a niskopodłogowe Neoplany dopiero się pojawiały na stanie warszawskich zajezdni. Ikarusy na upały były w porządku, bo można w nich było otworzyć okna naprawdę szeroko i dodatkowo jeszcze uchylić nawiewy w dachu, zapewniając intensywną wentylację wnętrza. Neoplany miały tylko małe, uchylne okienka i na gorącą pogodę nie nadawały się kompletnie. Z tamtej perspektywy dzisiejsze MANy czy Solarisy z wydajną klimatyzacją wydają się być luksusem. Tym bardziej, że w mniejszym stopniu przyczyniają się do zanieczyszczenia powietrza w mieście, dzięki spełnianiu coraz wyższych norm EURO i alternatywnym systemom napędowym (na gaz ziemny, elektrycznym, czy hybrydowym).

Autobus niskopodłogowy Solaris na ul. Bitwy Warszawskiej 1920 r. w Warszawie.

Autobus niskopodłogowy Solaris Urbino 12 na ul. Bitwy Warszawskiej 1920 r. w Warszawie. Na dachu widać agregat klimatyzacji. Autobus ten jeździ po warszawskich ulicach od 2007 r.

Z transportem szynowym jest gorzej. W upały nawet metro nie jest szczególnie przyjemne. Nie wiem, na czym to polega, ale czasem rano jadąc do pracy najprzyjemniejszy chłód odczuwam dopiero wychodząc z metra na powierzchnię. W tunelach podziemnej kolei jest już bowiem dość ciepłe powietrze, pociągi oczywiście klimatyzacji nie mają (no bo i po co), a wentylacja też jest w nich taka sobie. Wsiadają więc do nich spoceni, nagrzani ludzie, a ciepło i pot po nich w metrze już pozostają.

W ogóle lato w dużym mieście jest nieznośne. Jest gorąco i nie ma czym oddychać. Betonowa i asfaltowa nawierzchnia nagrzewa się do bardzo wysokich temperatur. Na blokowiskach nie ma gdzie się ukryć przed upałem, a parków, skwerów czy nawet drzew na trawnikach jest zawsze za mało. Pozostaje więc albo montować w mieszkaniach klimatyzację (i zużywać paliwa kopalne, by było nam chłodniej), albo wyprowadzać się pod miasto, do lasu (i zwiększać ilość smogu w powietrzu, zużywając ropę naftową na dojazdy do pracy).

Jestem głęboko przekonany, że da się z tym problemem coś w dłuższej perspektywie zrobić. Bo na przykład klimatyzację można zastąpić rozwiązaniami przyjaznymi środowisku. Postaram się to jakoś rozpisać na przestrzeni następnych artykułów.

 

Komentarzy do wpisu “O upałach, klimatyzacji i transporcie publicznym”: 2.

  1. Łukasz Płocki says:

    Ojj tak, u nas w mieście też było niesamowicie gorąco, nawet nie dało się zbytnio odetchnąć, bo człowiek zaciągał się gorącym powietrzem… Szczerze – ja się nie mogę doczekać już jesieni 🙂

  2. Jeśli chodzi o mnie to uwielbiam ciepło więc to jak u nas jest max,. 30 to mi nie przeszkadza. Gorzej nieco było na urlopie w Grecji gdzie standardowo jest z 35 i picie ciepłej kawy w takim upale wiąże się z wylewem potu haha..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *