Majówka i transport publiczny

Polacy bardzo lubią wszelkiego rodzaju długie weekendy, gdy kosztem ledwie kilku dni urlopu można uzyskać bardzo długi wypoczynek. Tak zrobiłem i ja, wyjeżdżając z Warszawy na działkę znajomych, łącznie na pełne 11 dni i 11 nocy już po pracy we środę, 25 kwietnia.

Na majówkę zaplanowałem relaks w lesie w odległości kilkudziesięciu kilometrów od Warszawy. Nie chciałem marnować zbyt dużo cennego przecież urlopu i w poniedziałek 30 kwietnia i we środę 2 maja pojechałem do pracy. O zgrozo — samochodem.

Gdyby na co dzień jeździło się do Warszawy tak, jak było to w ciągu tych dwóch dni (a w piątek 4 maja pewnie też, tylko tego nie sprawdziłem), to bym na poważnie rozważył dojazdy samochodem i przeprowadzkę tak daleko poza miasto. Bo dojazd samochodem zajął mi ledwie godzinę, podczas gdy normalnie może zajmować (wg danych z Google Maps) nawet 100-110 minut. W normalnym dniu pracy nawet bym się na taki dojazd nie odważył, a teraz w korku nie stałem prawie nigdzie.

Tak w zwykły dzień tygodnia wygląda dojazd z podwarszawskich miejscowości do centrum miasta… Źródło: maps.google.com .

Wiadomo, z czego to wynikało. Z jednej strony, ludzie powyjeżdżali na urlopy. Z drugiej, nie musieli wozić dzieci do szkół. Jednocześnie na ulicach pojawiło się znacznie mniej autobusów i tramwajów. Część kursowała według specjalnych rozkładów, inne według rozkładów sobotnich.

Już dwa lata temu pisałem, że ograniczanie częstotliwości kursowania komunikacji publicznej w czasie długich weekendów mija się moim zdaniem z celem. Powoduje to jedynie, że ludzie jeszcze chętniej siadają w samochody (a przez to w kolejny długi weekend można użyć świetnego argumentu, że przecież komunikacją miejską nikt nie jeździł). Wydaje mi się, że warto byłoby jednak starać się wytworzyć u ludzi taki schemat myślowy: jest majówka → nie chce mi się wyciągać samochodu z garażu → nie ma korków, autobusem i tak pojadę szybko i wygodnie → wybieram komunikację publiczną.

Analogicznie jest w wakacje. Rozkład jazdy jest zmieniany, by oszczędzić pieniądze, gdy mniej osób jeździ do pracy (urlopy) i szkoły. Logiczne. Na drogach jest luźniej, więc ludzie chętniej (niż wcześniej) są skłonni siąść do samochodu. Pytanie, jak bardzo dałoby się ten efekt zniwelować, gdybyśmy w mniejszym stopniu ograniczali kursowanie komunikacji?

Ulica Marynarska w Warszawie. Okolice godziny 13. w wolny poniedziałek, 15.08.2016 r. Wiadomo, że tak na co dzień nie wygląda (zwłaszcza teraz, gdy jest w remoncie), ale z perspektywy kogoś stojącego tu codziennie w korku by dojechać do biura w Mordorze tak to może wyglądać w wakacje. 🙂

Wiadomo, oszczędności publicznych środków są ważne. Nie powinniśmy ich marnotrawić. Kierowcom autobusów też trzeba pozwolić na urlopy w wakacje. Z drugiej strony, latem nie można się okłamywać, że smog w powietrzu mamy ze względu na ogrzewanie domów. On jest w ogromnej mierze spowodowany właśnie przez samochody, nie tylko w zakresie wytwarzanych przez nich spalin, lecz także przez wtórną emisję pyłów, które na jezdni osiadły. By ją minimalizować, ulice powinny być codziennie zmywane na mokro. To przecież też niebagatelny koszt, prawda? Być może częściowo dałoby się go ograniczyć nie zniechęcając aż tak bardzo do jazdy komunikacją publiczną?

Choć może ja po prostu za dużo wymagam? Może pakowanie dodatkowych pieniędzy w komunikację miejską nie przyniesie dodatkowych korzyści? Może lepiej byłoby wydać je na częstsze zmywanie ulic właśnie?

 

Na koniec kilka słów wyjaśnienia. Bo tak bym chciał tej komunikacji publicznej, a sam w dwa dni długiego weekendu przyjeżdżałem do Warszawy samochodem. Rzeczywiście. Pokonałem mniej więcej 90 km w obie strony samochodem. Gdybym jechał komunikacją zbiorową, musiałbym najpierw dojechać kilka kilometrów do pociągu, a następnie spędzić w pociągu i autobusie (albo pociągu, metrze i autobusie) jakieś półtorej godziny. Uznałem, że gra jest niewarta świeczki…

Bez sensownej sieci komunikacji kolejowej, oplatającej Warszawę dookoła, nie mamy szans na to, by ludzie przesiedli się z samochodów do pociągów. Temu też będę chciał się przyjrzeć w jakimś kolejnym wpisie.

Jeden komentarz do wpisu “Majówka i transport publiczny

  1. Kazek says:

    Tak, tak masz rację. W roku jest kilka takich momentów, że kosztem kilku dni urlopu można sobie załatwić całkiem spory urlopik bez jego wykorzystania w pracy. Ja dojeżdżam do pracy spod Poznania do jego centrum praktycznie i rzadko oj rzadko bywa, że nie stoję w zatorze czy też korku. Warszawa to jednak znacznie większe miasto i aż dziwnie się patrzy na pustą ulicę w godzinach południowych

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *